|
Nad tą podróżą zastanawialiśmy się już od ubiegłego roku. Słuchając opowieści braci Rutkowskich i oglądając zdjęcia z ich wyjazdu stwierdziliśmy, że na Sal każdy z nas znajdzie coś dla siebie. Postanowiliśmy wylecieć 18 stycznia jednak do ostatniej chwili czekaliśmy z zakupem wycieczki ….. i dobrze. Na krótko przed planowanym terminem wszystkie prognozy wskazywały tam brak wiatru. Postanowiliśmy więc wycieczkę odłożyć na później. Była to dobra decyzja gdyż na miejscu byli już Maciek i Leszek Rutkowscy i nie wiało im przez całe 2 tyg. Obserwując codziennie prognozy postanowiliśmy wyruszyć 1 lutego. Z zakupem wycieczki czekaliśmy do 3 dni przed wylotem. Chcieliśmy być pewni, że prognoza się nie zmieni, a poza tym biura podróży dość mocno obniżają ceny przy tak krótkich terminach do wylotu. W końcu nadszedł dzień wylotu. Wszystko było zapięte na ostatni guzik kiedy to okazało się, że lecący z nami Kaziu niestety zapomniał paszportu, a ponieważ mieszka pod Gdańskiem sprawa się nieco skomplikowała. Na dostarczenie paszportu było już za późno. Polecieliśmy więc bez niego (Kaziu dotarł do nas drugiego dnia a przy okazji zwiedził kawał Europy gdyż miał przesiadki w Genewie i Lizbonie). Dotarliśmy do hotelu z niewielkim opóźnieniem. Co nas bardzo mile zaskoczyło, rezydentka Itaki – Agnieszka (gorąco pozdrawiamy) czekała na nas z pick upem na nasze 300 kg bagażu.

Pierwszy poranek troszkę nas rozczarował – było pochmurno i co gorsza bezwietrznie. Poszliśmy się przejść na Ponta Pretę – najbardziej znaną plażę na Wyspie. Tam zaczęło wiać więc dużo szybszym krokiem wróciliśmy do hotelu i otaklowaliśmy sprzęt. Pływaliśmy na rozgrzewkę, na płaskiej wodzie, przy hotelu i głównej plaży Santa Maria. Ja na Chargu 5,8, a Łukasz i Maras na AirX 6,4. Było bardzo fajnie. W bazie NS spotkaliśmy Maćka, Leszka, Polana i Mroczka. Wyciągnęli nas na Ponta Sino. Tam robiła się już delikatna falka. Pływaliśmy tam do wieczora. Ponieważ nie było słońca nie nakremowaliśmy się żadnymi filtrami …i to był błąd. Jak wieczorem spojrzałem w lustro wyglądałem jak wódz Apaczów. Podobnie Łuki i Maras. Na drugi dzień, ze względu na schodzącą z czoła płatami skórę wyglądałem jak Niki Lauda a Maras jak Michaił. Drugiego dnia świeciło słońce – Maras, Łuki i niedawno Gorbaczow przybyły Kaziu wybrali się na Ponta Sino porobić fotki naszym zawodnikom a ja postanowiłem nie wychodzić tego dnia z domku na słońce. Niestety nie wytrzymałem tam zbyt długo i poszedłem pływać. Dzięki Bogu wiało dość krótko – inaczej dostałbym chyba jakiegoś udaru. Kolejne dwa dni spędziliśmy ujeżdżając dość spore, ale bardzo łagodne fale na Leme de Vello. Wiało tak samo jak wcześniej na 5,8 i 6,4. Fachowcy pływali tam przy samym brzegu (niestety głównie na kite’ach) ujeżdżając 2-2,5 fale załamujące się tuz przed samymi kamieniami. Wieczorem poszliśmy tam popatrzeć na surferów i ludzi na kitach. Trzeba przyznać, że w takim wydaniu te dwa sporty spodobały nam się dużo bardziej niż dotychczas. Największe wrażenie zrobił na nas Titika – teamrider F-one, który pływał na latawcu 7,5 m, a właściwie używał go tylko do wyjechania z przyboju na kolejną załamującą się falę a później ujeżdżając falę praktycznie nie używał już latawca - poprawiał go tylko co jakiś czas. 
Piątego dnia odkryliśmy Shark Bay zatoczkę od nawietrznej strony wyspy. Wiało słabo więc nie robiły się tu wysokie fale, ale można było poskakać. Pływaliśmy wszyscy na żaglach w okolicy 6m. Super miejsce dla osób słabo radzących sobie na fali- trzeba tylko uważać na wystające z wody skały i radzę pływać w butach ponieważ jest tam masa jeżowców (o rekinach nie wspomnę). Tę zatoczkę polecamy również początkującym na naukę startów z wody. Sama myśl o rekinach powoduje, że starty wychodzą zadziwiająco szybko.
Podczas kolejnych 2-3 dni pogoda nie była dla nas jednak tak łaskawa. Dziewczyny były bardzo zadowolone ponieważ świeciło słońce i wreszcie nie było „ piaskowania” na plaży. Jednak my byliśmy nieco zawiedzeni. Codziennie objeżdżaliśmy okoliczne spoty w poszukiwaniu wiatru albo chociażby fali. W końcu wybraliśmy się z naszymi zawodnikami na surfing. Fale były niewielkie, ale można było coś poćwiczyć. Szło nam raczej słabo tym bardziej, że nie nasmarowaliśmy deski woskiem :-)), ale Maciej, Leszek, Polan i Mroczek radzili sobie całkiem, całkiem. Korzystając z chwilowego braku wiatru postanowiliśmy wynająć auto i zwiedzić wyspę. Polecamy Buraconę, czyli naturalne kaskady skalne. Fale uderzają tam w wysoki brzeg skalny i rozbryzgują się na dużą wysokość. Jedna z takich fal prawie zdjęła Marasa ze skały. 

Radzimy tam pojechać około godziny 13-tej tamtejszego czasu wtedy jest dobrze widoczne tzw „Oko Proroka” promienie światła wpadają do zalanej wodą jaskini skalnej przez niewielki otwór i patrząc z góry wygląda to rzeczywiście jak potężne oko. Z Buracony przez stolicę wyspy Espargos pojechaliśmy do solanek mieszczących się na dnie krateru wygasłego wulkanu. Stężenie soli jest tam tak duże, że można leżeć na wodzie trzymając ręce i nogi całkowicie ponad wodą. Mega uczucie. Gdyby nasza zatoka miała takie zasolenie początkujący mogliby się uczyć na 60 ltr deskach, a zaawansowani uprawialiby Speed na piętach. Po kąpieli w solankach zjechaliśmy do malowniczego miasteczka portowego (miasteczko to może zbyt dużo powiedziane – była tam restauracja i 3 domy). Siedząc w tej knajpie mieliśmy wrażenie, że to my jesteśmy atrakcją dla nich a nie odwrotnie. Lokalesi w tym czasie położyli sobie na plaży oponę i skakali z niej takie salta, że aż miło było popatrzeć. Szkoda, że nie pływali na deskach, bo wyglądali na takich, co to po 3 dniach nauki mogliby opanować fronta. Wreszcie po kilku dniach przerwy nadszedł tak upragniony passat. Niestety wiało dość słabo. Praktycznie 4 ostatnie dni naszego pobytu wyglądały bardzo podobnie. Codziennie jeździliśmy na Shark bay (zwane też kite beach). Rano wiatr wiał tam z lewej strony a pod wieczór nieco się nasilał i wiał bardziej do brzegu, dzięki czemu robiła się tam nieco większa fala, na której można było podskoczyć. Na Wyspie chodziły nawet słuchy, że jakiś nie najbardziej owłosiony Polak – strasznie wysoko. Ciekawe czy Łuki coś o tym wie. Wiało na żagle od 6 m w górę, skakał Łukasz super odpalał na Air X-ie 6,4. Byliśmy bardzo miło zaskoczeni naszymi nowymi deskami AHD Rebound 93. Polecamy dokładnie taką deskę jeżeli ktoś szuka deski na wszystkie warunki. Ostatniego dnia (na szczęście) Maras stracił w przyboju kolano, które i tak szwankowało mu przez cały wyjazd. Miejmy nadzieję, że wróci do formy na sezon. Tuż przed wylotem Kaziu (w Walentynki :-) zaprosił nas na uroczystą kolację do Baracudy gdzie uraczył nas Lobsterami, Gambasami i innymi tego typu owocami morza za co mu bardzo dziękujemy. Muszę też wspomnieć o białym winie, które tego wieczoru było wyjątkowo smaczne (tu pozdrowienia dla Marasa). Podsumowując: Mimo tego, że aż tak mocno nie wiało wyjazd uważamy za bardzo udany. Cabo Verde polecamy raczej osobom uprawiającym jakieś sporty wodne, ponieważ wyspę Sal można zwiedzić w 2 dni. Myślę, że jest to jedno z niewielu miejsc na ziemi gdzie zaraz obok czołówki PWA na Ponta Precie, mogą pływać początkujący na płaskiej wodzie przy plaży Santa Maria. Polecamy wyjazdy w opcji last minute. Po pierwsze można wyczekać odpowiednią pogodę, po drugie cena. My zapłaciliśmy za 15 dniową wycieczkę ze wszystkimi opłatami + transport sprzętu + wiza + pic kup z lotniska + parking w Warszawie 2840 zł. Tak jak już napisał Leszek w swojej relacji nie mamy zamiaru obrażać się na Cabo Verde za ten niezbyt mocny wiaterek i z pewnością wrócimy tu za rok. Źródło: www.hydrosfera.pl |