|
Przez ostatnie trzy sezony co zimę w różnych składach meldowaliśmy się na Cabo Verde w poszukiwaniu wiatru i fal. W zeszłym roku na 3 tygodnie naszego wyjazdu trafiły się zaledwie 3 czy 4 dni dobrego pływania, więc stwierdziliśmy, że pora odwiedzić jakieś nowe miejsce.
Tym sposobem 6-ego lutego spakowaliśmy się i przylecieliśmy do Cape Town (RPA). Już wcześniej pytaliśmy się znajomych o pływanie tutaj i okazało się, że na miejscu od kilku już dobrych miesięcy siedzi Kuba Kosmowski, czyli znajoma twarz i jednocześnie przewodnik po okolicy. Na lotnisku czekał na nas umówiony transfer ale jak wyciągnęliśmy nasze paczuszki ze sprzętem to driver stwierdził, że jedzie do domu po przyczepę. Tym sposobem pobyt w RPA zaczęliśmy od 1,5 godziny siedzenia na lotniskowym parkingu - niezły start. Pierwsze dni spędziliśmy na organizowaniu apartamentu, auta, wymienianiu kasy na lokalne Randy i zapoznawaniu się z okolicą i najlepszymi spotami. Poświęciliśmy też trochę czasu na zapoznanie się naszymi nowymi zabawkami. Przed samym wyjazdem dostaliśmy nowe żagle Aerotecha (modele Charge i Phantom), nową deskę od Exoceta (Usurf 76) oraz nowe pianki od O’Neilla. Warunki do pływania prawie codziennie. Zazwyczaj zaczynaliśmy dzień od przedpołudniowej sesji na Sunset Beach, gdzie katowaliśmy zarówno skoki jak i jazdę na fali. Po południu w zależności od warunków wracaliśmy na Sunset na silno wiatrową sesję albo chowaliśmy się w Big Bay, gdzie wiatr był trochę słabszy i kiedy nigdzie indziej nie dało się już pływać to tutaj na małych żaglach można było jeszcze popływać. Jeżeli, któregoś dnia było mniej wiatru to wsiadaliśmy w auto, jechaliśmy wzdłuż wybrzeża i zawsze udawało się znaleźć miejsce gdzie fala wypiętrzała się na tyle dobrze żeby trochę poszaleć. Pod koniec pierwszego tygodnia naszego pobytu trafił nam się dzień bez wiatru. Postanowiliśmy wykorzystać ten czas na wycieczkę, kierunek – przylądek dobrej nadziei. Po drodze na południe przejeżdżaliśmy przez Muizenberg. Wystarczyło jedno spojrzenie na plażę, wspaniałą długą falę łamiącą się tuż przy brzegu i jakieś 150 surferów w wodzie aby nasza wycieczka skończyła się właśnie w tym miejscu. Czym prędzej znaleźliśmy najbliższą wypożyczalnie desek surfingowych i ruszyliśmy na wodę. Kilka dni później po raz kolejny próbowaliśmy zaliczyć cape of good hope. Dojechaliśmy nieco dalej niż poprzednio ale po raz kolejny nie udało nam się dotrzeć do celu. Tym razem hitem dnia okazały się pawiany (baboons), które spotkaliśmy tuż przy drodze.  W drodze powrotnej trafiliśmy za to na Boulders Beach czyli rezerwat pingwinów afrykańskich. To dopiero jest dziwny widok… kiedy od zawsze pingwiny kojarzą ci się z Antarktydą i skakaniem do wody z lodowej kry a tutaj jest 30 stopni a one wygrzewają się na plaży.  Kolejne dni pływania pozwoliły nam się dobrze rozpływać i drugi tydzień mijał nam już pod hasłem próbowania nowych tricków. W tym temacie ja kręciłem back-loopy, które wprawdzie zdarzyło mi się już wcześniej ustawać ale do perfekcji dalej brakowało bardzo dużo. Maciek natomiast wziął się za manewr zupełnie nowy, table-top-forward. Ja też kilka razy spróbowałem i okazało się, że cała trudność polega na tym żeby table-topa (wykręcenie deski do góry nogami) zrobić w odpowiedniej płaszczyźnie i na tyle szybko żeby wystarczyło jeszcze miejsce na front-loopa zanim spadniesz do wody. Było kilka spektakularnych upadków ale w końcu Maciek chyba wyczuł o co chodzi bo kilka udało mu się dobrze wysoko zakręcić i czysto wylądować.  Kiedy już w trzecim tygodni, na kilka dni przed końcem naszego treningu w RPA, zobaczyliśmy, że prognozy zapowiadają dzień bez wiatru, postanowiliśmy pojechać na bungy. Skok na bungy niby nic specjalnego, można spróbować na co drugiej plaży w Polsce. Ale tutaj chodziło o coś trochę większego. Po 7 godzinach jazdy autem dotarliśmy na Bloukrans Bridge, gdzie stacjonuje najwyższe komercyjne bungy. Most ma wysokość 216 metrów i rozciągnięty jest nad doliną między dwoma górami. Po drodze nakręcaliśmy się nawzajem i na miejscu obaj odważyliśmy się na skok w przepaść, choć nie da się ukryć, że mieliśmy wątpliwości. Było warto. Kilka sekund swobodnego spadania to uczucie, którego trudno w inny sposób doświadczyć a ilość adrenaliny jaka cię przy okazji zalewa wystarcza na kilka dni.  Podsumowując, jesteśmy pod olbrzymim wrażeniem RPA i mamy nadzieję, że jak najprędzej będziemy mogli tam wrócić. Windsurfingowo warunki trafiliśmy fantastyczne. Dzięki temu, że w zasięgu 30 kilometrów jest około 6-8 spotów, niezależnie od wielkości fali i siły wiatru zawsze można sobie wybrać odpowiednie miejsce na skoki lub jazdę na fali. Dodatkową zaletą RPA jest to, że jest to popularna miejscówka treningowa wielu zawodników światowej czołówki, więc na wodzie często można spotkać czołowych wymiataczy a nie ma lepszej motywacji niż ktoś kto kręci najtrudniejsze tricki na tej samej fali co ty. Nauczyliśmy się sporo i teraz czekamy tylko na trochę przyjaźniejsze temperatury w Polsce i pierwsze sesje na Bałtyku. Do zobaczenia na wodzie! pozdrawiam, Leszek Rutkowski [Exocet, Aerotech, Hydrosfera, Infinit, O’Neill, Columbus, Deemeed]
|
| 1. |  |
| | 2. |  |
| | 3. |  |
| | 4. |  |
| | 5. |  |
| | 6. |  |
| | 7. |  |
| | 8. |  |
| | 9. |  |
| | 10. |  |
| | 11. |  |
| | 12. |  |
| | 13. |  |
| | 14. |  |
| | 15. |  |
| | 16. |  |
| | 17. |  |
| | 18. |  |
| | 19. |  |
| | 20. |  |
| | 21. |  |
| | 22. |  |
| | 23. |  |
| | 24. |  |
| | 25. |  |
| | 26. |  |
| | 27. |  |
| | 28. |  |
| | 29. |  |
| | 30. |  |
| | 31. |  |
| | 32. |  |
| | 33. |  |
| | 34. |  |
| | 35. |  |
| | 36. |  |
| | 37. |  |
| | 38. |  |
| | 39. |  |
| | 40. |  |
| | 41. |  |
| | 42. |  |
| | 43. |  |
| | 44. |  |
| | 45. |  |
| | 46. |  |
| | 47. |  |
| | 48. |  |
|
| |