Nowy rok przywitał nas mroźną i słoneczną pogodą. Decyzja była szybka. Świder do lodu wylądował w bagażniku i po 15 minutach charakterystyczny dźwięk wiercenia przerębla ożywił majestatyczną ciszę Zalewu Sulejowskiego.
Z niemałym zadowoleniem stwierdziłem, że szykują się idealne warunki do zabawy na lodzie. Czarny gładki lód o grubości 12 cm, pokryty jednocentymetrową warstewką puchu śnieżnego i prognoza 4-5B następnego dnia, nastrajały bardzo optymistycznie. Wieczorem jeszcze ponowne sprawdzenie prognoz i info na forum. W sobotę przed południem zameldowaliśmy się w komplecie na plaży, przy porcie jachtowym "Maruś", przy tamie. Babcia zaopiekowała się dziećmi, dziadek kamerą i aparatem, a my, podgrzewani styczniowym słońcem i świszczącymi na wietrze gałązkami drzew, zaczęliśmy uzbrajać pędniki. Zdecydowaliśmy się na 5.3 dla Betty i 5.8 dla mnie, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Jeszcze tylko podpięcie do stóp masztu specjalnych żeliwnych kul, zmiana zimowego obuwia na "bardziej stalowe" i mogliśmy się cieszyć jedną z przyjemniejszych odmian żeglarstwa lodowego - skate windsurfingiem lub bardziej swojsko "kulką".
Trzeba przyznać, że o tak dobrych warunkach nawet nie marzyliśmy. Po kilku krótkich halsach na rozgrzewkę, wypuściliśmy się śmiało na środek jeziora, gdzie równy wiatr 4-5B pozwalał na osiąganie prędkości porównywalnych do tych na desce windsurfingowej przy 6B. Opór, jaki stawia ostrze płozy ma lodzie jest tak mały, że praktycznie cały czas jeździ się z prędkościami przekraczającymi prędkość wiatru; teoria mówi, że zakładając kompletny brak oporów, można osiągnąć przy kursie 120 stopni dwukrotną prędkość wiatru.
Zwrot przez rufę w takich warunkach, a ścicślej obrót żagla w zwrocie, jest nieco inny niż na wodzie. Poradzić sobie można na dwa sposoby: albo zmniejszyć prędkość własną do prędkości wiatru (20-30km/h, albo przed samym obrotem żagla pochylić pędnik na wiatr i lekko go przepchnąć, aby utracić nieco siły ciągu.
Jazda na "kulce", choć prosta technicznie, wymaga użycia nieco siły jeśli chce się w pełni wykorzystać moc wiatru i dobrze dobierać żagiel. Po 3 godzianach jazdy mieliśmy już dość. Po dwumiesięcznej przerwie jesienno-zimowej wreszcie poczulismy charakterystyczny ból wszystkich mięśni. Byliśmy "napływani"! Do tego jedna z lepszych sesji na lodzie została utrwalona. Nasza czteroletnia Nadia, również spróbowała i zapowiedziała, że jak tylko będzie miała swój żagielek, to też będzie z nami jeździć.
Niestety, kolejny dzień okazał się bezwietrzny, więc wykorzystaliśmy go na jazdę na samych łyżwach. W następnych dniach przyszło załamanie pogody i obfite opady śniegu uniemożliwiły na kilka tygodni jakąkolwiek zabawę na łyżwach.